Świat zwariował...!
Świat zwariował ! Pamiętam kiedy po raz pierwszy
sobie to
uświadomiłem, było to dwadzieścia kilka lat temu. Czerwiec, piękna
pogoda, a tu tak jakoś znienacka przekonanie że to co dzieje się
wokół mnie( no i we mnie) to prawdziwy dramat. Pewnie, świat,
człowiek, nie jest idealny, zawsze to wiedziałem, ale nigdy bym nie
przypuszczał że jest aż tak źle. Łał a miało być tak pięknie. Byłem
młody, miałem plany na wakacje, właśnie poznałem fajną dziewczynę,
a tu nagle całe to moje pyszne ciasteczko z kremem, które właśnie
miałem z lubością włożyć do pyszczka, spadło mi na brudna podłogę i
to jeszcze w dodatku jak to mówią masłem na dół. Wszystko w co do
tej pory wierzyłem dostało potężnego kopa i wyleciało z wielkim
hukiem, zmiatając przy okazji to co ukochałem najbardziej, a
mianowicie wiarę we własną nieomylność, wszechwiedzę i wyjątkowość.
Przyszedł Jezus ! Tak przyszedł Jezus i przez Ducha swojego
Świętego przekonał o prawdzie sprawiedliwości i o sądzie. Jak mówi
poeta:
"To co dziś wydaje ci się
różowe, jutro może
okropnie zbrzydnąć Stać się brzydkie i niekolorowe."
(cytat
z mojego wiersza pt. „Czas”)
Tyle retrospekcji. A co dziś ? Dziś jestem Nowym Stworzeniem.
Chwała Bogu ! Bóg zdjął z moich oczu różowe okulary, pozwolił
widzieć. A świat ? A świat
zwariował
jeszcze bardziej. W międzyczasie runęło kilka murów, zmarł wiecznie
żywy Lenin, Polacy nucąc „Odę do Radości” podreptali do Unii
Europejskiej. Zaś serca ludzkie zakute w kajdany telewizyjnych
telenowel, prowadzone na postronku nowych zaklinaczy rzeczywistości
pod hasłami tolerancji i „róbta co chceta”, dalej maszerują z
pieśnią na ustach w kierunku wiecznego potępienia. A wierzcie mi,
są święcie przekonani że właśnie tak trzeba. Duch tego świata
niezmiennie od tysiącleci sączy w dusze ludzkie ten sam śmiertelny
lubczyk o nazwie „Na pewno nie umrzecie”. I tak, czy komuna czy
kapitalizm, czy noc czy dzień, czy słońce czy deszcz,
niezmordowanie, przygrywa Diabeł na swym czarodziejskim flecie i
zwodzi maluczkich.
 |
Ale
jest ratunek.
Ewangelia ! Ten lodołamacz z
Nieba, odporny na diabelski syreni śpiew. Chwała Ci Panie za Syna
Twego. Niech będzie błogosławiony Pan Zastępów.
Krzysztof
wilkI i
Ludzie
Jest pewna stara piosenka, wykonywana bodaj przez panów Wasowskiego
i Przyborę, w której starsi panowie śpiewając „...ludzie uczcie się
od ryb” wykpiwają gadulstwo. Dzisiaj słowami „UCZMY
SIĘ
OD WILKÓW” chciałbym zachęcić nas wszystkich do chwili
refleksji.
Nie jest
moim zamiarem
wskazywanie na drapieżność, bezwzględność czy mizantropię tych
stworzeń, mają one jednak inny zwyczaj, który praktykowany
pośród Homo Sapiens mógłby stać się antidotum na wiele
konfliktów i napięć.
Wilki jednym z
nas mogą się
jawić jako krwawi i bezwzględni łowcy, bestie (zapewne wszyscy
pasterze oraz mieszkańcy stepów i puszcz należą do tej grupy). Dla
innych są synonimem romantycznej dzikości i niczym nie skrępowanej
wolności. Inni widzą w nich gnębiony, ginący gatunek,
zasługujący na nasze współczucie. Cokolwiek by myśleć o
wilkach, to jedno jest pewne - mają naturę drapieżców. I ta właśnie
cecha – drapieżność – wydaje się stać w opozycji, a nawet powinna
eliminować miłosierdzie, o które wielu z nas może ich nawet nie
podejrzewać.
Któregoś razu
pewien miłośnik
tych stworzeń opisywał sytuację, której był świadkiem. Otóż
dwa wilki, nie pamiętam już dziś czy były to samce,
czy
samice, rozpoczęły walkę. I jak to bywa w tego rodzaju zmaganiach,
w którymś momencie jedno ze zwierząt zaczęło brać górę nad drugim.
Gdy słabszy z przeciwników zrozumiał, że nie da rady i widać było,
że siły go opuszczają, położył się na plecy i w pozornie
samobójczym geście odsłonił gardło, zdając się zupełnie na swojego
wroga.
Wydawać by się
mogło, że los jego
był już przypieczętowany, bo silniejszemu nie pozostawało nic
innego jak wbić kły w odsłonięte ciało, przegryźć życiowe arterie i
zakończyć pojedynek ostatecznym zwycięstwem, pozbywając się na
zawsze konkurenta. Jednak zachował się zupełnie inaczej. Zatrzymał
się i pozwolił pokonanemu przeciwnikowi odejść.
Zachowanie iście
rycerskie.
Patrząc na dzisiejszy świat, zwłaszcza świat polityki, czyn taki
jest niedopuszczalny. W świecie ludzi, niegroźnego już nawet
przeciwnika trzeba zniszczyć, bo mógłby się kiedyś zemścić, w
odróżnieniu od poniżonego wilka, który odchodzi daleko. Pojęcie
wojny totalnej nie skończyło się niestety wraz ze śmiercią Hitlera,
ale w skarłowaciałym wydaniu jest obecne we wszystkich sferach
życia, choć jedni o tym milczą, a inni nie chcą się do tego
przyznać.
Ale nie
tak Bóg to
zaplanował. Bożym zamiarem jest miłość, tylko że ludzka,
patologicznie grzeszna natura nie przyjmuje tego do wiadomości.
Według Słowa
Bożego, rządzącym
należy okazywać cześć i szacunek, a oni powinni pełnić rolę
niejako służebną wobec będących pod ich opieką
– "Każdy człowiek
niech się poddaje
władzom zwierzchnim; bo nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te,
które są, przez Boga są ustanowione. Przeto kto się przeciwstawia
władzy, przeciwstawia się Bożemu postanowieniu; a ci, którzy się
przeciwstawiają, sami na siebie potępienie ściągają. Rządzący
bowiem nie są postrachem dla tych, którzy pełnią dobre uczynki,
lecz dla tych, którzy pełnią złe. Chcesz się nie bać władzy? Czyń
dobrze, a będziesz miał od niej pochwałę;
jest
ona bowiem na służbie u Boga, tobie ku dobremu.";
List do Rzymian 13: 1-4
"Ale
Jezus przywoławszy ich,
rzekł do nich: Wiecie, że ci, których uważa się za władców narodów,
nadużywają swej władzy nad nimi, a możni ich rządzą nimi
samowolnie. Lecz nie tak ma być między wami, ale
ktokolwiek by chciał być między wami wielki, niech będzie sługą
waszym. I ktokolwiek by chciał być między wami
pierwszy,
niech będzie sługą wszystkich. Albowiem Syn Człowieczy nie
przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć i oddać swe życie na
okup za wielu..". Ewangelia
Marka 10: 43-45
Ten Boży porządek
ma swój
początek w Królestwie Niebiańskim -"Wszystko
bowiem poddał pod stopy jego. Gdy zaś mówi, że
wszystko zostało poddane, rozumie się, że oprócz tego, który mu
wszystko poddał. A gdy mu wszystko zostanie
poddane,
wtedy też i sam Syn będzie poddany temu, który mu poddał wszystko,
aby Bóg był wszystkim we wszystkim." ; 1 List
do Koryntian
15:27-28
Następnie
powinien mieć miejsce w
porządku społecznym (wspomniane relacje władza - lud) i w
rodzinnym domu: "Żony,
bądźcie uległe mężom
swoim jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak Chrystus Głową
Kościoła, ciała, którego jest Zbawicielem. Ale jak Kościół
podlega Chrystusowi, tak i żony mężom swoim we
wszystkim. Mężowie, miłujcie żony swoje, jak i Chrystus
umiłował Kościół i wydał zań samego siebie,
List doEfezian 5: 22-25".
Jak widać z
ostatniego fragmentu,
miłość okazywana przez słabszą kobietę objawia się
podporządkowaniem mężowi i całkowitemu zdaniu się na niego, a mąż –
głowa domu – swoje siły i życie pożytkuje dla dobra swoich
bliskich.
Zachodzi tu
pewien rodzaj
synergii – z jednej strony bogobojny mężczyzna posiadający siłę i
autorytet może tylko wtedy wydatnie posługiwać najbliższym i
budować szczęście rodziny, gdy napotka szacunek i podporządkowanie
w osobie małżonki. Z drugiej strony, to zdanie się
żony
na męża wyzwala niejako dla niej i dla
najbliższych
błogosławieństwo z posiadania dobrego męża i ojca rodziny.
Miłość
okazana w ten sposób
mężowi, dotyka najgłębszej sfery jego duszy i trudno sobie
wyobrazić, aby u normalnego mężczyzny nie wywołała zachowania,
które jest opisane w Biblii. To tak jak wtedy, gdy słabszy
wilk odsłaniając gardło porusza jakąś strunę w instynkcie
przeciwnika i uchodzi z życiem. Tylko że my ludzie odeszliśmy
już tak daleko od Boga, że niejednokrotnie nie dorastamy
nawet do wilczych norm.
Niedobijanie
pokonanych jest już
przebrzmiałym zwyczajem, a i pokonani rzadko kiedy potrafią odejść
z godnością. Niewielu jest też jak się wydaje, którzy w
relacjach małżeńskich trzymają się tego Bożego wzorca. Dlatego taki
sam obraz przedstawiają w większości nasze polskie domy. Role
autorytetów rodzicielskich przejmują instytucje, a więzi rodzinne
są pielęgnowane najczęściej przed telewizorami albo przez kilka
godzin w weekendy.
Zasada poddania się
silniejszemu i miłosiernemu jest kluczowa w kwestii nawrócenia
się do Boga i ocaleniu od wiecznego zatracenia. Święty Paweł w
Liście do Rzymian napisał:"Bo
jeśli ustami
swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że
Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz. Albowiem
sercem wierzy się ku usprawiedliwieniu, a ustami wyznaje się ku
zbawieniu."List
do Rzymian 10:
9-10
Gdy grzeszny i
słaby człowiek,
przyjmujący za pomocą wiary zbawczą posługę
(łaskę) Jezusa, z własnej woli podda Mu swoje życie,
wtedy dopiero Jezus Chrystus może w pełni wylać na niego swoje
błogosławieństwa i darować wieczny żywot. Innymi słowy, tak jak w
przykładzie z wilkami i rodziną, dopóki nie zawierzysz większemu od
siebie, to nie ocalisz życia i nie będziesz mógł cieszyć się jego
pełnią.
Miłosierdzie,
wybaczanie,
wzajemny szacunek, w polityce albo w życiu codziennym (szczególnie
w czterech ścianach naszych domostw) są dziś wyjątkowo rzadkimi i
jakże niedocenianymi dobrami. Niewielu tylko zdobywa się na
złożenie ofiary ze swoich aspiracji, ambicji, tzw. słusznych
racji oraz chęci dominowania, aby nabyć ten szlachetny towar.
Jednak moim największym
pragnieniem
jest, aby tych kilka myśli zachęciło każdego, kto jeszcze tego nie
uczynił, do pójścia dalej – do poddania swojego życia Temu, który
jest największym autorytetem, najmocniej kocha i jest
najmiłosierniejszy – Bogu. Jezus Chrystus kiedyś
powiedział: "Ja
jestem drogą i
prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko
przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i
mojego Ojca";Ewangelia
Św. Jana
14:6-7
Dlatego zachęcam,
aby w myśl słów
z Listu Św. Pawła do Rzymian przytoczonych nieco wcześniej, słowami
krótkiej modlitwy wyrazić swoją wiarę i przyjąć Jezusa Chrystusa
jako pana swojego życia oraz osobistego zbawcę; bo, jak pisze
apostoł Jan:"Tym zaś, którzy
go przyjęli,
dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię
jego, którzy narodzili się nie z krwi ani z cielesnej woli,
ani z woli mężczyzny, lecz z Boga.
" Ewangelia
Św. Jana
1:12-13
Mariusz
Tybet
Chociaż
mineło już trochę
czasu, wciąż gdzieś tam jeszcze w mediach kołacze się rykoszetem
świecznikowy temat zeszłorocznej olimpiady, wałkowany rytualnie przez
media kilka tygodni, pt. ''Wolność Tybetu''. Jak pamiętamy co rusz
wszelkiej maści autorytety, ludzie kultury I sztuki, lewacka młodzież
spod różnych sztandarów, oraz wierchuszka europejskich polityków
(którym gromko I z pasją wtórował nawet nasz drogi Donald)
nawoływały do bojkotu chińskiej olimpiady by w ten sposób zaprotestować
przeciw bestialstwom dziejącym się w Tybecie. Nie będę tutaj ględził o
piramidalnym faryzejstwie wyżej wymienionych ''obrońców'' wolności I
suwerenności, bo napisano już na ten temat bardzo wiele. Ja chciałbym
jedynie zwrócić uwagę na pewien mit który przy okazji bezczelnie wciska
się gawiedzi jako prawdę objawioną, mianowicie że Chiny zamordowały
kilkusetletnią suwerenność buddyjskiego raju.
Tymczasem
ów kraj był integralną częścią Chin już od Xll wieku a jego autonomia
sprowadzała się do teokratycznego despotyzmu w wykonaniu mnichów
buddyjskich którzy bez pardonu gnębili ludność. Współcześni historycy
doskonale wiedzą że Tybet nigdy nie był rajską krainą, o której stale
bełkocze Dalajlama. Dla ogromnej większości Tybetańczyków było to
raczej piekło na ziemi. Rządząca elita mnichów wyzyskiwała ludność
dzięki rozgałęzionej sieci klasztorów I zakonnych twierdz Aż 99%
społeczeństwa żyło w poddaństwie a daniny I podatki które na tych rabów
nakładała warstwa uprzywilejowana, odbierały możliwość godnej
egzystencji wieśniakom. Jak pisze amerykański historyk I politolog
Michael Parenti w świetnie udokumentowanej pracy pt. ''Mit Tybetu:
przyjazny feudalizm'' ci pańszczyźniani chłopi byli zwykłymi
niewolnikami, pracującymi za darmo dla feudała lub klasztoru, nie
mogącymi się nawet żenić bez zgody zwierzchności, muszącymi płacić
podatek od małżeństwa, od narodzin dziecka, od uwięzienia, od
uwolnienia, od każdego święta religijnego, od
każdego zgonu
w rodzinie, od wszystkiego. Nawet od bezrobocia gdy nie mogli znaleźć
pracy. Wielu małych chłopców siłą zgarniano do klasztorów, gdzie byli
wykorzystywani seksualnie I kształceni jako mnisi, a dwory feudalne
łowiły co ładniejsze dziewczynki w wiadomym celu. Hierarchię społeczną
tej straszliwej teokracji cementowały rygory buddyjskie. Uciskanej
ludności wpajano że niedola jest pokutą karmiczną za złe uczynki
dokonane w poprzednim wcieleniu. Ucieczki I wszelkie nieposłuszeństwo
karano sadystycznie, amputacjami, wyrywaniem języka, wyłupywaniem oczu
itp. Ale nigdy zabijaniem, gdyż religia buddyjska nie zezwala odbierać
życia. Gdy więc chciano kogoś utrupić, maltretowano go I zostawiano
nocą na mrozie. Dzisiejsza mitologia Tybetu , któremu rzekomo
ukradziono rzekomą świetlaną niepodległość, wywodzi się z XIX wiecznej
romantycznej fascynacji zachodnich kręgów ezoterycznych, których
Chrystianizm za mocno uwierał(z resztą uwiera nadal), I trzeba było
znaleźć coś na zastępstwo. Odrzucenie Chrześcijaństwa jako życiowej
drogi I Chrystusa jako zbawiciela bardzo szybko owocuje próżnią, a jak
wiemy duchowość nie znosi wakatów. Tybet, Dalajlama, świetny materiał
na fetysz. Z jednej strony jest daleko, więc można powzdychać bez
zobowiązań a z drugiej jakaż to ,,duchowa'' kraina, sami mnisi I
klasztory. Ja oczywiście jestem za wolnością, a ta najprawdziwsza
dostępna jest tylko w Chrystusie przez ewangelię. I takiej wolności
sobie, nam wszystkim oraz tybetańskim mnichom
życzę.
Krzysztof
|